Hydra, czyli dziecko mnie nie szanuje! 50 Komentarzy. Już wydaje się, że temat opanowany. Jasne, jasne, tak tak, bardzo logiczne – rozumiem znaczenie wspierania dziecka. w emocjonalnym dojrzewaniu, stwarzania mu warunków do wyrażania tych emocji (stopniowo w coraz bardziej cywilizowany sposób) oraz łapania dystansu dla siebie w tych Swingowanie nie jest kwestia tego, że jeden z partnerów jest gorszy w łóżku i czegoś nam brakuje. Jeżeli zaglebisz się w historię to tego typu związki miały miejscu już ponad 2000 lat temu i trwają do dzisiaj. Nie jest to nowo poznany temat po 1990 roku. Ale możesz żyć zgodnie ze swoim sumieniem tylko nie obrażaj innych za to Wiesz, myślę podobnie do Ciebie. Ale Twoja koleżanka ma rację, że tak myślą inni. Miłe osoby są tak postrzegane jako nudne, fałszywe czy dające sobie wejść na głowę, bez własnego zdania. Dziwi mnie to, ponieważ ja od zawsze miałam takie usposobienie i nie czułam się mało wartościowa, jestem uczciwa w stosunku do innych. Zapytała syna, czy mógłby to zrobić za nią, gdyż ona nie będzie w stanie zabić swojego męża. W pewnym momencie zaatakował ją i zadał ponad 40 ciosów nożem. Zmarła niecałą godzinę później. Gdy zasnął, skrępowały go związując mu nogi i ręce kablem elektrycznym. Przeniosły go do łazienki i umieściły w wannie. Czy twój mąż nie jest wart 20 minut dziennie? regularne opisywanie uczuć może poprawić komunikację i przybliżyć. 3. Afirmacja jego osiągnięć . większość facetów lubi być poklepywana po plecach. Często komplementuj męża. Tylko nie rób tego z syczącymi słodkimi wyciekami tego, jaki jest wspaniały. Ten rodzaj afirmacji obali. Wstajemy rano, sprawdzamy maile, czytamy najnowsze informacje. W samochodzie czy autobusie wypełniamy kalendarz, zapisujemy się do dentysty, robimy przelewy. Gdy dojeżdżamy do pracy, zaczyna się prawdziwe piekło. Takie natężenie informacji sprawia, że zapamiętujemy jedynie najważniejsze dane. . - Niedobrze mi już się robi, jak słyszę o tych dzieciach z Michałowa. Nie to, że mi ich nie szkoda, bo szkoda. To dzieci przecież. Ale nikt nie patrzy na rodziców, którzy zabrali własne dzieci w taką wyprawę. Co to w ogóle za rodzice są? I najgorzej, że nikt nie patrzy na nasze dzieci, które płaczą po nocach, pytają, czy tata wróci. Dla pewnych środowisk i ludzi, nasze dzieci nie istnieją, nie ma ich – mówi Karolina, żona strażnika granicznego. W poniżej zamieszczonym tekście nie znajdzie nikt nazwisk kobiet, z którymi rozmawialiśmy. Będą miały wyłącznie imiona i przekażą czyimi są żonami, których polskich mundurowych, a w zasadzie jakich formacji. Powód, dla którego nie ujawniamy nazwisk jest prozaiczny, ale poważny. Te kobiety narażone są na hejt, ich dzieci narażone są na hejt, a twarze i nazwiska ich mężów niekiedy są upubliczniane w rosyjskim Telegramie. Przerabiane są zdjęcia, doklejane ich twarze do innych istniejących zdjęć, aby wyglądali na kogoś, kto czyni okropną krzywdę innym ludziom. - To było jeszcze chyba pod koniec września, albo jakoś na początku października. Mąż wrócił do domu po służbie, po 15 godzinach. Był zmęczony do tego stopnia, że nawet nie dał rady zjeść. Wykąpał się tylko i jak wyszedł z łazienki, miał w oczach łzy. Zapytałam o co chodzi, ale powiedział, że później mi powie. Jak się obudził, powiedział. Na służbie, po nocy zdejmował swoje skarpety i nakładał jakiemuś dziecku, które było z bosymi nóżkami. Mówił, że to chyba chłopczyk był, miał ze 3-4 latka, po ciemku nie było widać. Zdjął z własnych stóp skarpety i nakładał temu dziecku. Płakał, bo ojciec czy ktoś kto się tym dzieckiem opiekował, zdarł te skarpety i rzucił mojemu mężowi w twarz. Ciężko mu było na to patrzeć. Nie mogłam w to uwierzyć. Jeszcze trudniej mi było rozmawiać z naszym synem, który tego samego dnia wrócił ze szkoły i płakał, bo dzieci w klasie mu pokazały jakieś wpisy w internecie, że strażnicy graniczni to mordercy. Jak mam tłumaczyć synowi co się dzieje i dlaczego ktoś nazywa jego ojca mordercą, kiedy dokładnie kilka godzin wcześniej zrobił co mógł, żeby pomóc dziecku. Jak mam to tłumaczyć 9-latkowi? Sama jestem w szóstym miesiącu ciąży, chyba nie musze mówić, jak to się może odbić na dziecku. Badam się co chwila, lekarz każe mi się nie denerwować. Tylko jak to zrobić? Jak? – mówi Martyna. - Nasze dzieci są niewidoczne dla pewnych środowisk. Ich się po prostu nie widzi, ich łez, budzenia się po nocach. Bo przecież mają dom, ciepło i sucho, to już wystarczy. Proszę, niech mi ci wszyscy mądrzy powiedzą jak mam tłumaczyć swojemu 4,5 rocznemu synkowi, że jego tata na pewno wróci do domu, że jego tata pojedzie z nim do sklepu po ten policyjny samochód, który razem widzieli ileś tam czasu temu. Bo tata mu obiecał, że jak będzie dzielny w szpitalu, to razem pójdą i kupią ten samochód. Był dzielny, wróciliśmy ze szpitala po kilku dniach, ale taty nie było. Bo był na granicy. Następnego dnia wrócił tylko na parę godzin i dostał nagle pilne wezwanie i znów nie było go wiele godzin. Synek czekał na tatę w sumie kilka dni, a jak tata wrócił, to z synkiem znów musiałam jechać do szpitala. Wróciłam kolejny raz do pustego domu. Bo mąż i tata znów pojechał na granicę – opowiada Karolina, żona policjanta. Inna z kobiet, także żona policjanta, powiedziała że ciężko jej rozmawiać z córką, która wróciła ze szkoły zapłakana, bo ktoś nazwał jej tatę psem. Dziewczynka była dumna ze swojego ojca, był dla niej bohaterem. Chciała się pochwalić rówieśnikom, że ma w domu bohatera, który ją obroni i wszystkie inne dzieci też. Ale ktoś w klasie powiedział, że to nie żaden bohater, tylko pies. - Przecież takich rzeczy kilkuletnie dziecko nie wie. U nas w domu nigdy nie mówiło się nic o psach w kontekście policjantów. W ogóle prawie o tym, co i jak było na służbie nie rozmawialiśmy. Chcemy prowadzić normalne życie. Ale w rodzinie tego chłopca, który nazwał mojego męża, a ojca naszej córki psem, tak musi się mówić. Nie wiem, nie mam pojęcia, jak można tak wychowywać dzieci. Bez żadnego szacunku dla innego człowieka. Skoro nazywa się jakiegokolwiek człowieka psem, to jaki to dziecko będzie miało szacunek do ludzi, gdy już dorośnie? Niepojęte. To straszne, że tak się dzieje. Ale widzę też, że nastawienie ludzi powoli się zmienia. I to jest budujące – przekazała naszej redakcji Anna, żona policjanta. - Nie jest łatwo, naprawdę. Może tam tym kobietom, co są na miejscu, mieszkają gdzieś w tym Michałowie, czy w Białymstoku, jest lżej. Tam mąż czy ojciec to jedzie i po kilku godzinach wraca. My czekamy tydzień, dwa, albo trzy, aż wróci. Mamy z mężem dwoje dzieci. Syn szczególnie zanim tęskni. Córka starsza lepiej sobie radzi. Nie dzwoni do taty, nie chce mu przeszkadzać. Przychodzi do mnie i pyta, czy u taty wszystko w porządku, czy dzwonił, albo pisał. Syn jest młodszy. Bardzo tęskni i strasznie się denerwuje, że tato telefonu nie odbiera. Ja sama siedzę tu daleko, nie wiem co się dzieje. Śledzę tylko wszystko w internecie, albo w telewizji. Dla nas to duży czas próby nerwów. Szkoda, że naszych dzieci się nie widzi w tym wszystkim, co my przeżywamy, jak się czujemy, ile nerwów nas to kosztuje – opowiada z kolei Aneta, która mieszka w województwie podkarpackim i jest żoną żołnierza. W kryzysie na granicy polsko – białoruskiej, kobiety – jak nam mówią – najtrudniej radzą sobie z rozłąką i niepokojem. Nie wiedzą czy one i ich dzieci spotkają się jak zwykle za kilka dni czy następnego dnia, ze swoim mężem i ojcem. Stres przekłada się na życie całej rodziny, w tym przede wszystkim dzieci. Najczęściej w rozmowach przewija się wątek dotyczący wielu pytań od dzieci – „kiedy wróci tata”, albo „czy do naszego domu przyjdą uchodźcy”, „mamo, czy tatuś już dzwonił?”. Takie słowa od dzieci słyszą codziennie, w dzień i często też w nocy. Są w końcu kobiety, które są matkami, a ich synowie służą w formacjach mundurowych na granicy. One, mimo że ich synowie to dorośli już mężczyźni, także płaczą po nocach, tak samo się denerwują, tak samo brakuje im kontaktu z synami. Najgorszy jest jednak strach. Zwłaszcza tych kobiet, które żyją tu, w województwie podlaskim, znają realia tego regionu, wiedzą z czym naprawdę mamy do czynienia po drugiej stronie granicy. Wiedzą, że jest tam człowiek nieobliczalny, który nie cofnął się przed prześladowaniem własnego narodu, więc życie innych obywateli, a zwłaszcza w tej chwili Polaków w mundurach, interesuje go Proszę mi powiedzieć, co by pani pomyślała, jak by pani się czuła, gdyby usłyszała to co ja. A ja usłyszałam niedawno: „Mamuś, wszystkie moje dokumenty i ubezpieczenie mama dostanie z jednostki. Tam jest w razie czego upoważnienie. Pewnie nic mi się nie stanie, ale tak na wszelki wypadek, mama wie…” Normalnie myślałam, że mi serce pęknie. Mój syn ma tylko 26 lat! Tylko 26 lat! Całe życie przed nim. A on mi takie słowa mówi. Płakałam całą noc. Ale syn mi powiedział, że składał przysięgę, że nie odejdzie ze służby. Co ja mam zrobić? Niech ktoś mi powie, jak sobie z tym poradzić? Jest niezmiernie ciężko – mówi Helena, matka żołnierza. To tylko drobny wycinek historii kobiet, żon i matek, których losem dziś mało kto się interesuje. Kto zastanawia się, pod jaką presją żyją, mimo że nie narażają własnych dzieci na niebezpieczeństwo. Są to historie ludzkie, które dziś umykają w obliczu obrazków, jakie ogląda cały świat. Kobiety twierdzą, że one i ich dzieci dla świata są niewidoczne, tak jak gdyby by ich nie było. Jak by zostały wymazane ze wszystkich zdarzeń, które ich też przecież dotyczą. Nie publikowaliśmy nazwisk tych kobiet, ponieważ zdarzało się, że do ich domów przyjeżdżali dziennikarze i fotoreporterzy. Są to pracownicy tych mediów, które żądały przedstawienia się funkcjonariuszy i żołnierzy służących na granicy. Żonom i matkom trudno jest zrozumieć, dlaczego ktoś chce sprawdzać jak mieszkają, gdzie dzieci chodzą do szkół czy przedszkoli, jakim prawem ktokolwiek może naruszać ich spokój, do którego mają prawo. A już za kilka dni o takich sytuacjach mają opowiedzieć sami mundurowi. Ci, którzy chronią naszych granic. Polecane ofertyMateriały promocyjne partnera Mama na pełny etat wyjaśnia, dlaczego częste korzystanie z telefonu – choć może wydawać się mocno przesadzone – jest w rzeczywistości duże szanse, że czytasz te słowa na swoim najlepszym cyfrowym przyjacielu: smartfonie. Niezależnie od tego, czy siedzisz teraz w samochodzie czekając, aż zabłocony synek skończy trening piłki nożnej, czy może chwytasz kilka dodatkowych minut, by połknąć kawę między spotkaniami – te skrawki czasu spędzone na czytaniu albo pisaniu z kimś są bardzo czy zdrowa odskocznia?Dzięki tym gadżetom kieszonkowych rozmiarów jesteśmy w stanie szybko (i łatwo) wskoczyć i wyskoczyć z naszego „społecznościowego” życia. Wciąż pozostajemy jednak w kontakcie ze znajomymi, rodziną i resztą świata, próbując jednocześnie wypełniać niezliczone role tak dobrze, jak tylko jest także druga strona medalu: możemy tak bardzo pogrążyć się w naszych telefonach, że zasłonią one prawdziwe życie. Dla wielu z nas wyjście z domu bez komórki jest źródłem palpitacji. W którym miejscu przebiega granica?Czytaj także:Bez telefonu i internetu kilka dni? To możliwe. I jakie inspirujące!Czas spędzany przez dorosłych przed ekranem telefonu jest przedmiotem dyskusji w niemal każdym amerykańskim domu. Dla przykładu weźmy Jessicę (mamę trójki dzieci na pełen etat) i jej męża, który zaniepokoił się jej „uzależnieniem” od smartfona. Jessica postanowiła więc napisać do niego poruszający list otwarty, w którym wyjaśniła swoją zażyłość z telefonem:„Trajektoria mojego czasu czuwania – jako mamy na pełny etat – jest inna. Nie rozmawiam z dorosłymi regularnie, jeśli w ogóle, a moim jedynym towarzystwem jest maluch, który uczy się chodzić, drugi – ząbkując. I jeszcze pies”. Jessica wyjaśnia, w jaki sposób jej nowe życie w domu doprowadziło ją do poczucia samotności i izolacji. „Nawet kiedy rozmawiam stojąc w kolejce do kasy, czuję się tak dobrze”.Internetowe wsparcieMamy w internetowych grupach wsparcia naprawdę rozumieją, przez co że spędzanie czasu z dziećmi jest jednocześnie przywilejem i błogosławieństwem, wszyscy potrzebujemy czasu z innymi. Kobiety z wirtualnych grup wsparcia dla mam dodawały Jessice otuchy, tłumacząc np., że wypluwanie warzywnych (i z taką miłością przygotowanych) posiłków jest u dzieci całkowicie normalne. Podpowiadały też, jak pozbyć się markerowej twórczości artystycznej ze mówi, „internetowe grupy mam były moją ostatnią deską ratunku… Te kobiety zmieniły moje życie, mimo że nie spotkałyśmy się na żywo. One naprawdę rozumiały, po jakiej ścieżce idę”.To są korzyści, których jej pracujący mąż może nie być świadomy – on po prostu nie wie, jak czuje się mama w domu przez cały dzień. „To, z czego nie zdajesz sobie sprawy… to… jak trudno było mi przystosować się do tego nowego życia, nowej roli i jak nieadekwatnie do tego czasami się czuję. Miło jest usłyszeć, że robię coś dobrze i potrzebuję, by mówił mi to ktoś obcy – z mojej wirtualnej wioski”.Czytaj także:Facebookowe grupy wsparcia dla małżeństw coraz popularniejsze!Używam telefonu, by uciekać od rzeczywistości czy raczej pomóc sobie przez nią przebrnąć?Z jej punktu widzenia smartfon nie jest uzależnieniem, ale antidotum. Jessica przystosowuje się do ery, w której tak często nie możemy widzieć na żywo naszych krewnych, przyjaciół i mentorów, wciąż jednak czując ich wsparcie lub przyjmując od nich rady. Co więcej, pracujące mamy mogą podobnie odbierać zalety płynące z korzystania ze smartfona – telefony pozwalają im być blisko dzieci nawet, jeśli nie ma ich nie powinnyśmy tak szybko oceniać mam, w zamian za to wykorzystując czas na refleksję o własnej zażyłości z telefonem? Zadaj sobie pytanie: używam telefonu, by uciekać od rzeczywistości czy raczej pomóc sobie przez nią przebrnąć? W tym szczególnym czasie Triduum Paschalnego życzymy Wam głębokiej refleksji nad sensem życia i pogłębienia Waszej wiary, nadziei i miłości. Przejmujący to czas. Bądźmy blisko Jezusa i siebie serii wpisów „Tylko dla kobiet tylko dla mężczyzn” piszemy naprzemiennie o tym, czego panowie mogą nie wiedzieć o kobietach, a panie o mężczyznach. Dziś ważne wskazówki dla kobiet, dające szansę lepszego poznania i docenienia mężczyzn. Wpis tworzony był długo, bo w rzadkich wolnych chwilach między zajmowaniem się dziećmi i pracą zdalną. Rozrósł się na tyle, że część drugą opublikujemy za kilka dni, żeby było go łatwiej w czasach zarazyZawsze wydawało mi się, że w naszym domu to ja jestem mistrzem organizacji. Tymczasem ostatnio nie poradziłam sobie zupełnie z organizacją zdalnej nauki naszego najstarszego dziecka. Jego opór wobec tej formy nauki oraz chaos i ogrom przesyłanych lekcji połączony z moimi emocjami spowodowały paraliż. Gdy w końcu poprosiłam męża o pomoc, okazało się, że jego dalekie od emocji i perfekcjonizmu działania przyniosły bardzo dobre skutki. Synowi łatwiej jest zorganizować się stosując metody, których Wojtek używa na co dzień zarządzając swoim zespołem w pracy. Musiałam przyznać, że sobie nie radzę i oddać odpowiedzialność w dziedzinie, w której czułam się specjalistą. Choć nie było to łatwe, napięcie w moim sercu i w naszej rodzinie znacząco że to dobry przykład do dzisiejszego czy nieszanowany?Z przeprowadzonych na zlecenie autorów książek ankiet wynikło, że ponad ¾ mężczyzn stwierdziło, że wolałoby czuć się samotnym i niekochanym niż mieć poczucie niższości i czuć się nieszanowanym. Jednocześnie okazało, że większość mężczyzn miała kłopot z wyborem między tymi odpowiedziami, bo byciem nieszanowanym utożsamiali z byciem również nie do końca czuł tę różnicę. Zdumiały Przykłady, które podawał, zdumiały mnie, bo w życiu nie wiązałam ich z brakiem szacunku! I myślę, że wiele małżeństw przeżywa chwile napięcia z tym związane. Kobiety wg swojej oceny szanują mężów, a tymczasem ich zachowania świadczą, w ocenie mężczyzn, o czymś zupełnie drogie panie, ten temat może okazać się bardzo ważny i może pomóc wspierać Waszych mężczyzn, szczególnie w tym trudnym czasie, w jakim chcesz kochać swojego mężczyznę tak, jak on pragnie być kochany, upewnij się, że czuje twój oznaką braku szacunkuCzy Twojemu mężowi zdarza się okazywać gniew? Najczęściej mężczyźni gniewają się wtedy, gdy czują się nieszanowani. Często kobietom trudno jest zaakceptować gniew męża. Jednocześnie oczekują, że on z wyrozumiałością podejdzie do ich smutku czy płaczu, w momentach, gdy czują się osamotnione i niekochane. Tak jak Ty często nie rozumiesz przyczyny jego gniewu, on bywa zagubiony próbując zrozumieć, dlaczego mężczyzny jest oznaką, że czuje się nieszanowany, tak jak płacz jest często reakcją kobiety na brak przyjrzeć się momentom, w których Twój mąż się gniewa. Może z czasem uda Ci się zrozumieć, w jakich momentach czuje się nieszanowany i nauczysz się temu szanujcie mężów… zawszeWiększość osób uważa, że bliskie osoby powinno kochać się bez względu na to, czy na to zasługują, czy nie, gdy tymczasem na szacunek powinno się zasłużyć. Tymczasem św. Paweł w Liście do Efezjan pisze: „mężowie kochajcie żony (…), żony szanujcie mężów”. Nie ma tam ani słowa o tym, że mam okazywać mężowi szacunek, gdy w moim mniemaniu na to zasłuży. Mowa raczej o szacunku bezwarunkowym wobec męża z racji tego, że jest moim mężem, a nie tego, jak mu idzie wypełnianie tej życiowej się zdarzyć, że niektóre czytające to kobiety obruszą się i stwierdzą, że zachowania ich mężów spowodowały, że nie są już w stanie im szacunku. Albo są zamknięte na męża, bo nie są obdarzane miłością. Wtedy trudno jest mu cokolwiek jednak naszym celem jest szczęśliwe małżeństwo, to jedno z nas powinno podjąć świadomą decyzję i zacząć zachowywać się tak, jakby czuło szacunek/ miłość. Taka decyzja może być początkiem ogromnej zmiany! Jeżeli zdecydujesz się okazywać szacunek, a Twój mąż poczuje się szanowany, bardzo prawdopodobne, że otworzy się na miłość do więcej, gdy zaczynamy zachowywać się w określony sposób, często za zachowaniem idą uczucia. Jeżeli więc zaczniesz okazywać mu swoim zachowaniem szacunek, bardzo prawdopodobne, że zaczniesz go faktycznie drugiej strony, nawet jeżeli szanujesz swego męża w głębi serca, lecz Twoje zachowanie na to nie wskazuje, to wiedz, że on nie czuje się szanowany. Dlatego tak ważne jest, abyśmy wiedziały jakie słowa, gesty i zachowania powodują, że on faktycznie odczuwa Twój okazywać mu szacunek?Warto zdać też sobie sprawę z tego, jakie sytuacje czy słowa powodują, że on czuje się nieszanowany, nawet jeżeli to nie było Twoim zamiarem!Mężczyzn wskazali na 6 podstawowych sposobów okazywania im szacunku. Warto porozmawiać z mężem na ten temat. Dla mnie niektóre z podawanych przez Wojtka przykładów było ogromnym zaskoczeniem. Ich omówienie w kolejnym wpisie, który pojawi się za kilka dni. Zajrzyjcie koniecznie! Z Waldemarem Dąbrowskim, dyrektorem Teatru Wielkiego — Opery Narodowej i byłym ministrem kultury rozmawiamy przed pierwszymi koncertami Ukrainian Freedom Orchestra. To międzynarodowy projekt charytatywny dla ogarniętej wojną Ukrainy — Bez przerwy zastanawiali się, gdzie spadła bomba. Każdego dnia odczuwałem ich cierpienie — mówi o uchodźcach z Ukrainy, których gościł u siebie w domu Opisuje kulisy bojkotu kultury rosyjskiej i nie zawsze optymistyczne reakcje na niego. Pytany o sprawy polityczne i to, co dzieli kulturę i politykę, ocenia: — Nie ma granicy Wraca pamięcią do lat 80. i prac nad pierwszym kapitalistycznym spektaklem w Polsce. W odniesieniu do rosnącej inflacji podkreśla: — Wszyscy będziemy mieć problem W rozmowie pojawia się także kwestia #MeToo w teatrze, w kontekście którego Dąbrowski zwraca uwagę: — Jest cały szereg spraw poza możliwością uchwycenia przez paragrafy Niedawną kontrowersyjną wypowiedź Olgi Tokarczuk nazywa "niefortunną", deklarując chęć rozmowy z noblistką na ten temat Więcej podobnych tekstów znajdziesz na stronie głównej Onetu W Teatrze Wielkim – Operze Narodowej wystartowały próby Ukrainian Freedom Orchestra, składającej się z 74 instrumentalistów i instrumentalistek z Ukrainy. Koncert, który odbędzie się 28 lipca w Warszawie, zapoczątkuje międzynarodową trasę. Orkiestra zagra w 12 miastach i w 13 salach koncertowych a tournée potrwa 25 dni, usłyszymy ich m. in w Londynie, Berlinie, Amsterdamie, Hamburgu, Dublinie, Nowym Jorku oraz Waszyngtonie. Ukrainian Freedom Orchestra jest wydarzeniem charytatywnym. Środki zebrane podczas trasy koncertowej zostaną przekazane Ministerstwu Kultury Ukrainy na pomoc artystom i artystkom. Dodatkowo będzie można dokonywać bezpośrednich wpłat na konto ministerstwa za pośrednictwem strony internetowej, której adres zostanie podany wkrótce. Spotykamy się w gabinecie dyrektora w Teatrze Wielkim — Operze Narodowej. Dawid Dudko: Czy mogę już gratulować? Waldemar Dąbrowski*: Nie. "Wyborcza" ogłosiła, że będzie pan dyrektorem Teatru Wielkiego — Opery Narodowej przez kolejną kadencję. To znaczy, że muszę podpisać kontrakt z Adamem Michnikiem [śmiech]. A mówiąc serio – wszystko wskazuje na to, że tak się stanie, ale oficjalnego dokumentu na razie nie ma. Formalności muszą zostać dopełnione do końca sierpnia. Złożyłem program na kolejne trzy lata, rozmawiamy. Jaki ma pan pomysł na trudne czasy? W dobie coraz wyższej inflacji ludzi może być nie stać na kulturę. Z pewnością wszyscy będziemy mieć problem, chociaż my w Teatrze Wielkim od lat prowadzimy politykę zrównoważonych cen – najtańszy bilet kosztuje tyle co bilet do kina. Ceny w warszawskiej Operze Narodowej nie są porównywalne do Paryża, Berlina czy Wiednia, nawet, jeśli weźmiemy pod uwagę różnice w zarobkach. Oczywiście nie przejdziemy bezboleśnie przez inflację. Budżety polskich rodzin przeznaczone na kulturę będą się zmniejszać. Ale budujemy atrakcyjny repertuar, staramy się docierać do jak największej liczby ludzi, stale rozszerzać nasze grono widzów… Póki co, to się sprawdza. A co w tej sytuacji może zrobić Ministerstwo Kultury? Pytam pana nie tylko jako dyrektora, ale też byłego ministra kultury. Ostatnio spotkałem się z ambasadorem Austrii, który powiedział mi: "Słuchaj, wy macie efektowniejsze produkcje niż Wiedeń". Wiem, to brzmi nieskromnie, ale wspominam o tym, żeby podkreślić, jak wiele pracy wymagają zarówno względy artystyczne, jak i techniczno-organizacyjne. Na końcu wyraża się to w rachunku finansowym z konkretną kwotą. Teraz rosną znacząco ceny wszystkiego, ale wierzę, że dotacja, jaką otrzymujemy z ministerstwa, będzie też odpowiedzią na zmieniające się realia finansowe. "W Warszawie na betonie leżał obrazek, który jest dzisiaj paradnie wystawiany" Na początku lat 90., w przełomowym momencie dla Polski, wyprodukował pan historyczną "Tamarę", nazywaną pierwszym kapitalistycznym spektaklem. Dziś, w historycznie trudnym momencie dla Ukrainy, zaprasza pan ukraińskie artystki i artystów do wielkiego projektu. Jak zrodził się ten pomysł? "Tamara" czy UFO [Ukrainian Freedom Orchestra – red.]? Może jedno i drugie? To może najpierw "Tamara". W połowie lat 80. byłem stypendystą rządu amerykańskiego. Przyjechałem do Waszyngtonu, z szarego kraju nad Wisłą, pozbawionego pieniędzy i powabu, usiadłem w gabinecie poważnego urzędnika Departamentu Stanu. Zapytał: "Jakie masz marzenia?". Wymieniłem katalog swoich marzeń, w którym mieściło się obejrzenie spektaklu "Tamara" na Manhattanie. Pragnienie wzmogło się po wizytach w amerykańskim muzeum: tu Kandinsky, tu Chagall, a tam jakaś Lempika... Tak jej nazwisko wymawiali Amerykanie. Wszyscy pytali: kto to ta cała Lempika? Myśleli, że to Rosjanka. Ja, chociaż ponadprzeciętnie zorientowany w sztuce, też na początku nie wiedziałem, kto to taki, ale szybko dotarłem do ludzi, którzy znali ją osobiście. Dałem sobie słowo honoru, że muszę przywrócić Polsce świadomość istnienia tej niezwykłej artystki, która dzięki swojemu dorobkowi osiągnęła status światowy, a u nas była praktycznie nieznana. Po powrocie ze Stanów Zjednoczonych poszedłem do Muzeum Narodowego w Warszawie, pytając: "Czy mamy jakiś obraz Tamary Łempickiej?". Usłyszałem: "Chyba nie, ale zejdźmy do magazynu". Poszliśmy, a tam licem na betonie leżał obrazek Łempickiej, który jest dzisiaj paradnie wystawiany. Dalej przyszła myśl: skąd wziąć pieniądze na niemal nierealne przedsięwzięcie? Nie mając żadnych funduszy na ten cel, przekonałem amerykańskich producentów, by dali mi za darmo prawa autorskie – rynkowo był to koszt 250 tys. dol.! Udało się też zgromadzić pierwszy w historii polskiego teatru budżet sponsorski – pomógł Pewex, pomógł Warimpex i Bartimpex oraz Orbis, a także paru moich wiedeńskich przyjaciół, którzy zakupili materiały na kostiumy… Budżet Teatru Studio nijak się miał do kosztu tego projektu, w dodatku musieliśmy na kilka miesięcy wyłączyć przestrzeń galerii teatru, bo przecież akcja działa się w jedenastu pomieszczeniach równocześnie. "Tamara" to był film na żywo. Szczęśliwie zaangażowałem do tego przedsięwzięcia Macieja Wojtyszkę, świetnego reżysera teatralnego i filmowego i wybitną scenografkę Izabelę Chełkowską. Wykorzystaliśmy barok stalinowski tworzący iluzję willi Il Vittoriale, w której w areszcie domowym przebywał d’Annunzio. Zamówiłem ponad 20 kopii obrazów, Warszawa wreszcie poznała Tamarę Łempicką, a ja mogłem dać ujście swojej fascynacji osobą Tamary i sztuką. Która to fascynacja wyziera zza pana pleców [spoglądam na wiszący w gabinecie Waldemara Dąbrowskiego wielki obraz Edwarda Dwurnika – red.]. Kiedyś w stanie nadzwyczajnego rozemocjonowania Edward postanowił namalować serię obrazów w hołdzie Pollockowi. To najbardziej realistyczne dzieło w mojej kolekcji. Wyraża emocje, aspiracje i generalnie stan ducha w teatrze operowym tydzień przed premierą. Dopiero z tego pozornie pandemonicznego chaosu wyłania się pewien porządek. Tak jak ze starego może czerpać nowy. Widział pan "Powrót Tamary" Cezarego Tomaszewskiego, symbolicznie nawiązujący do tamtego przedstawienia? To pochlebne, że to, co robiliśmy lata temu, żyje w emocjach i świadomości nowego pokolenia twórców teatralnych. Sam spektakl niewiele miał wspólnego z naszym, ale dlaczego miałby mieć? Dziwne uczucie mi towarzyszyło. Dziwne? Patrzyłem na to z sentymentem i zadziwieniem jednocześnie. Waldemar Dąbrowski (mat. nadesłane przez Teatr Wielki - Operę Narodową) "Bez przerwy zastanawiali się, gdzie spadła bomba. Czułem ich cierpienie" A na orkiestrę złożoną z uchodźców i uchodźczyń z Ukrainy, która po dziewięciu dniach prób i koncercie inauguracyjnym w Operze Narodowej zjeździ świat? Wymyśliła to współpracująca z nami od lat dyrygentka Keri-Lynn Wilson, zafascynowana kulturą ukraińską, prywatnie żona Petera Gelba, dyrektora Metropolitan Opera, z którym się przyjaźnię. Po kilkuminutowej rozmowie zadawaliśmy sobie już nie pytanie o to "czy?", tylko "jak?". Musieliśmy jakoś dotrzeć do konkretnych muzyków z Ukrainy. Ukraiński trębacz z naszego zespołu był przewodnikiem po ukraińskich zespołach operowych i symfonicznych. Dzięki temu, że rząd ukraiński zwolnił potrzebnych nam muzyków z obowiązku służby wojskowej, udało się stworzyć 74-osobowy zespół. Jak pan słyszy, próbują, od wczoraj. Jest wielka mobilizacja i niesamowite emocje! Pozostając w temacie pieniędzy — jak udało się pozyskać na to wszystko fundusze? Z Peterem Gelbem podzieliliśmy się obowiązkami, zapraszając do współpracy światowej rangi agencję impresaryjną Askonas Holt. My jako Teatr Wielki — Opera Narodowa wzięliśmy na siebie obowiązek stworzenia orkiestry: przywiezienia muzyków w większości z Ukrainy, ale i z innych miast, polskich i europejskich oraz zorganizowania 10-dniowej rezydencji wypełnionej oraz rana do nocy próbami. Było to możliwe dzięki błyskawicznej decyzji ministra Piotra Glińskiego, który zagwarantował nam finansowanie tej części operacyjnej projektu. Metropolitan Opera w Nowym Jorku wzięła na siebie obowiązek zagwarantowania sponsorów trasy koncertowej, kontakty z kluczowymi światowymi mediami i włączenie do projektu Askonas Holt. Na granicy ukraińsko-polskiej na muzyków czekali dziennikarze z BBC, New York Timesa czy Polsatu. Askonas Holt jest menadżerem drogi, który umożliwił występy w rozlicznych, prestiżowych salach koncertowych. Foto: Materiały prasowe Ukrainian Freedom Orchestra w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej (mat. nadesłane przez teatr), fot. Karpati&Zarewicz Co chcecie powiedzieć tym projektem? Walcząca Ukraina każdego dnia krwią swoich obywateli podpisuje aplikację do Unii Europejskiej. Tu pokazujemy, jak wielką siłą w walce ze złem może być także sztuka. To protest przeciw agresji na Ukrainę, mocna deklaracja przynależności Ukrainy do Europy, manifest prawa każdego człowieka do samostanowienia i życia w pokoju, ale też celebracja piękna muzyki – w tym muzyki ukraińskiej. Właściwie mottem tej trasy koncertowej są słowa Pierwszej Damy Ukrainy, która zaapelowała, żebyśmy nie przywykli do cierpienia Ukrainy. Podkreśla pan, że muzyka może być potężną bronią przeciwko agresji. I głęboko w to wierzę. Człowiek jest polem gry dobra i zła, w zależności od kontekstu wyzwala się jedno lub drugie. Muzyką wyzwalamy to, co w każdym człowieku dobre, równocześnie mając świadomość obrazów wojny, które miały być już wyłącznie domeną filmów historycznych. Jestem z pokolenia, które nie doświadczyło wojny, ale w uszach pobrzmiewają mi opowieści moich dziadków i rodziców, którzy przy niedzielnym obiedzie niezmiennie wracali do wojennych traum. Przez trzy miesiące gościłem w swoim domu rodzinę dyrektora opery lwowskiej. Potwornie straumatyzowani ludzie, bez przerwy zastanawiali się, gdzie spadła bomba. Każdego dnia odczuwałem ich cierpienie. Czy bojkot rosyjskiej kultury i sztuki również postrzega pan jako broń w trwającej wojnie? To bolesna sprawa. Kochamy Puszkina, Lermontowa, Czajkowskiego. Ale mam wewnętrzny sprzeciw, żeby wielkość kultury rosyjskiej była używana jako makijaż dla tej straszliwej mordy agresora. Z chwilą, kiedy skończy się wojna, wrócą te wszystkie rosyjskie piękności, ale teraz nie ma takiej możliwości. Nasi chórzyści odmawiają śpiewania po rosyjsku – i ja ich rozumiem. Oczywiście niektórzy widzowie narzekają, ale jestem absolutnie przekonany, że zdecydowana większość myśli podobnie jak ja, moje koleżanki i koledzy, inni ludzie kultury. Niegranie Rosjan jest złe, ale jeszcze większym złem jest wojna. Każdy gest, który się jej sprzeciwia, to coś bardzo ważnego. Foto: Materiały prasowe Ukrainian Freedom Orchestra w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej (mat. nadesłane przez teatr), fot. Karpati&Zarewicz "Gdyby pojawiła się próba sterowania, zostają dwie możliwości" Od polityki do kultury jest bardzo niedaleko, wbrew często krążącym opiniom. Nie ma granicy, jest kultura polityki albo polityka kultury. W każdym z nas jest potrzeba zanurzania się w aurę kultury, a polityka powinna pomagać ludziom osiągać dobre cele. Co to znaczy "dobre cele"? Polityka to sztuka mobilizacji ludzi, by poszli w określonym kierunku. O politykach świadczy to, jaki kierunek uznają za słuszny. Polityka to nie jest jakaś abstrakcyjna dyscyplina uprawiana przez kilka tysięcy posłów i radnych. To pojęcie dotyczące każdego z nas, ludzi uczestniczących w życiu społecznym, kształtowanych przez kulturę. Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie. A czy chowanie w kategoriach ideałów patriotycznych dotyczy tylko umierania na barykadach? W moim przekonaniu dotyczy także godnego i mądrego życia, budowania szkół i uniwersytetów. Gdzie jest granica wpływu polityków na kulturę? Pyta pan o to, co byłoby patologią? Albo o to, co nią jest. Patologią jest przekroczenie granic integralności osób czy instytucji. Ktoś próbował wpływać na pana decyzje przez te dziesiątki lat, gdy zarządza pan instytucjami kultury? Nie. Choć zapewne wolałby pan usłyszeć, że ktoś próbował mną politycznie sterować… Gdyby pojawiła się taka próba, zostają dwie możliwości – poddać się albo zrezygnować. Foto: Materiały prasowe Ukrainian Freedom Orchestra w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej (mat. nadesłane przez teatr), fot. Karpati&Zarewicz "Nie ma tu miejsca dla reżyserów, którzy nie szanują innych" A czy o kondycji polskiego teatru świadczy liczba tzw. calloutów, składająca się na największą, jak do tej pory, dyskusję o nadużyciach przemocowych? W jaki sposób pan, jako dyrektor czołowej instytucji kulturalnej w Polsce, przeciwdziała takim praktykom? Zapewne mamy na to pomysł, skoro tutaj nic takiego się nie wydarzyło. A proszę pamiętać, że Teatr Wielki (no właśnie!) to ogromna społeczność, małe miasteczko liczące 1050 osób na etatach. Niech pan przemnoży to przez żony, mężów, rodziców, dzieci, wychodzi z tego Radzymin, z którego pochodzę. Trzeba przede wszystkim pilnować podstawowego pojęcia, które dotyczy każdego człowieka, czyli jego poczucia godności. To bardzo ładnie brzmi, ale jak to robić? W codziennej pracy. Nie uważam, że możemy coś tu rozsądzić regulaminami, choć i one są potrzebne. Trzeba wymagać od siebie nawzajem. Począwszy od dyrektora po osoby wykonujące prace porządkowe – trzeba ukształtować dobrą praktykę, opartą o wzajemny szacunek. Jeśli mnie pan zapyta, jaki jest dziś największy problem w Polsce, to odpowiem: deficyt szacunku, który sobie okazujemy nawzajem. #MeToo jest polem nadużycia, ale wcale nie świadczy o kondycji polskiego teatru. Nadużycia władzy. Dokładnie tak. A przecież im wyższa pozycja w strukturze hierarchicznej, tym większe zobowiązanie wobec wszystkich, z którymi i dla których się pracuje. Jeśli ludzie tego nie rozumieją, to w punkcie wyjścia już przegrali. Zaprosiłby pan do kierowanego przez siebie teatru twórców oskarżanych o nadużycia przemocowe? Zakładając, że, jak najczęściej bywa w takich sytuacjach, nie byłyby to sprawy mające finał w sądzie, bo wiele takich do sądów nie trafia albo są umarzane. Jest cały szereg spraw poza możliwością uchwycenia przez paragrafy. Odpowiadając na pana pytanie, nie, nie ma tu miejsca dla reżyserów, dyrygentów czy innych twórców, którzy nie szanują innych. Nie chcę współpracować z artystą, który uprawia jakąkolwiek formę przemocowego oddziaływania na podporządkowanych sobie w danym momencie ludzi. Dalszy ciąg artykułu pod wideo. "Porozmawiam z Olgą Tokarczuk na ten temat" Wspomnieliśmy teatr i sztukę, wspomnijmy i literaturę. "Nigdy nie oczekiwałam, że wszyscy mają czytać i że moje książki mają iść pod strzechy. Wcale nie chcę, żeby szły pod strzechy. Literatura nie jest dla idiotów". Co pan sądzi o tych słowach? Z całą pewnością to, co pisze Olga Tokarczuk, jest wymagającą literaturą. Natomiast musi być pewien typ książek, które "idą pod strzechy". Każdy człowiek powinien mieć możliwość rozwoju i dojścia do poziomu, który pozwoli mu kiedyś przeczytać Tokarczuk. "Idioci" to dobre określenie? Nie uważam ludzi pod strzechami za idiotów. Mam niezwykły szacunek dla ludzi wsi i tych z obszarów ograniczających możliwość uczestnictwa w kulturze. Bo przecież mówiąc "strzecha", idziemy intuicyjnie w tym kierunku W kierunku ludzi statystycznie gorzej wykształconych, ze znacznie mniejszymi szansami na dostęp do dóbr kultury. Wieś w odróżnieniu od miasta to miejsce życia ludzi blisko natury... O której przede wszystkim pisze Tokarczuk. Jeśli, jak pan wielokrotnie podkreślał, sensem sztuki jest wolność, to czy nie jest nią także otwartość? Nie powiedziałbym takich słów, jak nasza noblistka. To niefortunna wypowiedź, ale nie dołączę do osób ją krytykujących. Mam dla niej mnóstwo podziwu i wdzięczności. Ale na pewno, gdy tylko nadarzy się okazja, porozmawiam z Olgą Tokarczuk na ten temat. Trzeba uważać na słowa, które niosą negatywną wartość emocjonalną. Myślę, że Tokarczuk powiedziała to w chwili wynikającej z temperatury dyskusji, uniesienia. Jestem pewien, że nie miała intencji obrażania kogokolwiek. *** *Waldemar Dąbrowski — w latach 1998–2002 oraz od 2008 r. do dziś dyrektor Teatru Wielkiego — Opery Narodowej, animator kultury, polityk, w latach 2002–2005 minister kultury. Absolwent Wydziału Elektroniki Politechniki Warszawskiej, a także Executive Programme for Leaders in Development na Harvard University. Działalność menadżera i animatora kultury zaczynał w latach 70., prowadząc klub studencki Riviera-Remont. W 1982 r. objął wraz z Jerzym Grzegorzewskim dyrekcję Centrum Sztuki Studio w Warszawie, był producentem ponad 70 spektakli Studio, w tym historycznej "Tamary" — pierwszego kapitalistycznego przedstawienia w Polsce. Minęło ponad 100 lat od czasu, gdy kobiety w Polsce uzyskały prawa wyborcze (1918). Amerykanki w 1920, Francuski musiały czekać do 1944 roku, Chinki do 1947, Iranki do 1963. W Arabii Saudyjskiej kobiety uzyskały prawa wyborcze DOPIERO w 2015 roku! Na przestrzeni tych wszystkich lat, kobiety walczyły nie tylko o prawo głosu, ale także o edukację, prawo do pełnienia funkcji publicznych. Walczyły z dyskryminacją niemal na każdym polu i choć czasy współczesne powinny zapewnić wszystkim równość, to kobiety nadal walczą o równouprawnienie. Opowieści Podręcznej nami wstrząsnęły. Zobaczyliśmy realia kobiet, które nie wpisują się w widzianą współcześnie rolę kobiety, ale czy na pewno? To, że czegoś nie widzimy, wcale nie oznacza, że tego nie ma. Nadal w wielu krajach rola kobiet sprowadzana jest do posłuszeństwa względem mężczyzny. To się nie dzieje daleko za oceanem, to się dzieje w wielu polskich domach gdzie kobiety są bite, poniżane, a jedyną ich funkcją jest dbanie o mężczyznę, rodzenie dzieci i zarządzanie domem pod dyktando mężczyzny. To niepojęte, że w obecnych czasach kobiety nadal spotykają się z przemocą fizyczną, psychiczną i ekonomiczną. Niepojęte jest, że mimo wielu restrykcyjnych zakazów okalecza się kobiety w imię tradycji czy religii poprzez obrzezanie, że są części świata, gdzie mąż może bezkarnie zabić żonę za nieposłuszeństwo, gdzie brat może zabić siostrę jeżeli wedle jego widzenia nadszarpnęła honor rodziny, gdzie 70 letni mężczyzna bierze za żonę 9 letnią dziewczynkę, która umiera gwałcona w noc poślubną. Mamy czasy, gdy kobiety traktowane są jak żywy towar, zmuszane do prostytucji, całkowicie podporządkowane mężczyznom. Dlaczego mężczyźni nie szanują kobiet? Przecież bez kobiet nie było by mężczyzn! Powróćcie myślami do Gilead’u. Okrutnego świata w którym mężczyźni pozbawili praw wszystkich kobiet. Swoim żonom okazywali jedynie pewne względy, jednak nadal nie miały one pełnych praw do normalnego, szczęśliwego życia w ramionach szanującego je mężczyzny. Gilead to reżim w całości zdominowany przez mężczyzn, sprowadzających kobiety do roli posłusznych żon, poniewieranych służących, oraz tych ostatnich, które utrzymywane były przy życiu tylko z jednego powodu- by rodzić dzieci. Dzieci, które zaraz po narodzeniu były im brutalnie odbierane. Dzieci, których nie mogły przytulać, troszczyć się o nie, ba! nie mogły nawet patrzeć im w oczy. Podręczne- bezwolne marionetki w rękach fanatycznych mężczyzn. Od wydarzeń przedstawionych w Opowieści Podręcznej mija piętnaście lat. Sytuacja staje się coraz bardziej obserwuje to niezwykle hermetyczne środowisko. Brakuje jedzenia, podręczne umierają, rodzą się zdeformowane, słabe dzieci. Terrorystyczny reżim Gilead’u upada. Testamenty pokazują nam w jaki sposób do tego upadku doszło. Tym razem opowieść widzimy z trzech różnych perspektyw: kobiety, która przyczyniła się do zbudowania tego okrutnego świata, kobiety, którego innego świata nie zna, oraz tej która ten okrutny świat obserwuje. Posłuchamy więc opowieści Ciotki Lidii, która jest wysoko postawioną funkcjonariuszką Gilead’u, okrutną, bezkompromisową i nietykalną, gdyż jest w posiadaniu najpilniej skrywanych tajemnic rządzących Gilead’em mężczyzn. Ciotka Lidia zdradza nam o początkach Republiki, o działaniach ludzi przekonanych o słuszności własnych idei. Poznajemy cały proces rekrutacji kobiet do funkcji Ciotek. Nadal jest funkcjonariuszką i zajmuje się przygotowywaniem kandydatek na swoje miejsce. Jedną z nich jest Agnes. Agnes, postać niemal święta wśród mieszkańców Gilead’u, która przez kilkanaście lat swojego życia nie ma o tym zielonego pojęcia. Przygotowywana jest do swojej ważnej, życiowej roli – bycia podręczną. Trzecie spojrzenie, będzie spojrzeniem na Gilead przez Daisy. Daisy to córka June, odebrana jej po urodzeniu. Jednak June w wyniku ogromnej determinacji i postawieniu wszystkiego na jedną kartę uprowadza ją z domu obcych ludzi i wywozi poza granice Gilead’u, by jej córka trafiła pod opiekę jej męża przebywającego w Kanadzie. Daisy obserwuje okrutne życie podręcznych w telewizji i zaczyna rozumieć historię swojego życia. Te trzy kobiety, zupełnie inaczej patrzą na to, jaki los zgotowali mężczyźni innym kobietom. Jednak okazuje się, że wszystkie trzy mają jeden cel – koniec cierpienia, koniec szaleństwa, obłudy i przemocy. Koniec z takim światem. Opowieści Podręcznej mną wstrząsnęły. Dla mnie sytuacje opisywane w książce były poza zasięgiem mojej wyobraźni, to było dla mnie niepojęte. Mocna fikcja literacka. Jednak gdy później obejrzałam na dokładkę serial, zobrazowana historia June i jej podobnych spowodowała, że wylałam morze! łez. To nie były łzy wzruszenia, ja wyłam z bezradności, bezsilności i ogromnego żalu, bo nagle zaczęło docierać do mnie, że obecne czasy wcale nie są tak odległe i nieprawdopodobne jak to, co działo się w zamkniętym środowisku Gilead’u. I to jest przerażające. Testamenty są próbą odpowiedzi na wszystkie niedopowiedzenia w Opowieści Podręcznej. Opowieść utrzymana jest w bardzo surowym klimacie, niezwykle prosta i pozbawiona jakiejkolwiek subtelności. Oczywiście da się wyczuć różnicę w pisaniu, przez Margaret Atwood między pierwszą i drugą częścią. Jednak nadal jest to ta sama historia. Daje do myślenia, oburza, szokuje, budzi wewnętrzny sprzeciw. Atwood między wierszami przemyca wiele osobistych awersji, między innymi do Donalda Trump’a, pokazuje też swój stosunek do ksenofobii, porusza problem faszyzmu, ale przede wszystkim zwraca uwagę na obecny brak empatii i poczucia solidarności między ludźmi. Książka jest książką bardzo feministyczna. Mężczyźni opisywani są jednakowo, jako słabi, zepsuci, źli, zdemoralizowani, okrutni i pozbawieni człowieczeństwa. Odtruwają swoje żony, gwałcą, są pedofilami. Atwood pokazuje ich w jednym świetle i nie ma przy tym dla nich żadnej litości. I najbardziej, co mnie w tym wszystkim przeraża, to fakt, że chociaż nie wiem jak bardzo byśmy chcieli, to ani Opowieści Podręcznej, ani Testamenty nie są fikcją literacką, to się dzieje tu i teraz i to jest myśl przytłaczająca. Obie części znajdziecie w księgarni Zajrzyjcie do działu bestsellery po inne ciekawe tytuły powieści literatury pięknej.

dlaczego mężowie nie szanują żon